Wolna książka …

Swego czasu był taki mega pozytywny dziw, który zwał się wolną książką. Jednak śmiercią naturalną „projekt” ten zakończył swój żywot, a szkoda.
Pokazuje to nam dwie rzeczy. Po pierwsze, że ludziom się nie chce, a po drugie, że mało czytamy.

Sam „proceder” polegał na uwalnianiu książek, czyli wyborze jednej z naszego zbioru i umieszczeniu jej w publicznym i widocznym miejscu z oznakowaniem „wolna książka”. Dowolna osoba mogła zabrać tą książkę lecz na jej miejsce musiała pozostawić inną by kolejna osoba mogła skorzystać i zostawić swoją książkę itd.
Oczywiście „wolne książki” mają to do siebie, że nie lubią pozostawać zbyt długo u jednego właściciela, więc należy po przeczytaniu takową książkę ponownie uwolnić by dalej wędrowała po świecie.

Książki takie potrafiły przewędrować z jednego krańca kraju na drugi, były nawet serwisy, w których można było śledzić wędrówkę książki i jej kolejne przystanki. Wystarczyło, że znalazca wpisał gdzie trzeba numer identyfikacyjny.

Prawda, że fajne? Puścić ciekawy kryminał i zobaczyć jak daleko zawędruje, a przy okazji samemu można przeczytać coś ciekawego.

Pytanie czy jeżeli Państwo ma nas w dupie i jest bierne, nie potrafi wspierać inicjatyw kulturalnych, o samej ogólnie rozumianej kulturze i sztuce oraz edukacji nie wspominając, my obywatele potrafimy coś dać od siebie? Kolejna kwestia czy nienauczone szanowania cudzej własności kolejne pokolenia potrafią dawać coś od siebie, a w najlepszym wypadku nie niszczyć cudzej pracy? Jeszcze dochodzi fakt, że jako naród postkomunistyczny musimy się „nachapać” więc koncepty polegające na społecznej uczciwości nie mają u nas zupełnie szans… smutne…

Jednak nadzieja nie umarła, nadal można spotkać „wyzwolone książki” choć jest to widok rzadki, a już tym bardziej w okresie zimowym. Wspólnym działaniem i wzajemną motywacją możemy „podnieść” ten kraj. Jeżeli nie my będziemy działać to kto?

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Posting your comment...

Subscribe to these comments via email

Preview: